Jak żyć? Czyli akrylowa masakra kontra ekskluzywna wełna

Na warsztatach będziemy tworzyć czapy z grubiutkiej mieszanki wełny dziewiczej i alpaki!

Jednym z powodów, dla których sama zaczęłam dziergać był brak możliwości kupienia w sklepie prostej, spełniającej swoje zadanie czapki. Normalnej czapki, która ochroni przed zimnem i w której głowa nie zapoci się minutę po wejściu do autobusu – nie znoszę efektu przylizanych, wilgotnych włosów! Kluczem do rozwiązania zagadki okazał się być SKŁAD MATERIAŁU.

Zatrważająca większość czapek oferowanych nam obecnie przez sieciówki to w 100% akryl – najtańszy i najbardziej beznadziejny zamiennik wełny. Nie grzeje, nie oddycha, nie wchłania wilgoci. Mechaci się i szybko szarzeje. Brrr! Uważajcie także na czapki opisywane na stronach jako „wełniane”. Bardzo często jest to tylko zabieg marketingowy; o ile nie jestto produkt premium, wełna stanowi zazwyczaj nie więcej niż 20% składu materiału – 80% sztuczności skutecznie niweczy jej naturalne zalety.

Zaczynając swoją przygodę z drutami dużo czytałam o właściwościach dostępnych materiałów i sporo z nich przetestowałam. Wniosek? Bardzo prosty: im naturalniej, tym lepiej! Wiecie jednak, jak ciężko jest dostać stacjonarnie wełnianą włóczkę? Pisząc wełnianą mam na myśli 100% wełny w składzie. Zaryzykuję stwiedzenie, że jest to PRAKTYCZNIE NIEMOŻLIWE. „Wełniane” włóczki oferowane przez panie w pasmanteriach mają – w najlepszym wypadku – 50% wełny w składzie. Na moje oko normę stonowi około 30% a nierzadko wełny nie uświadczymy wcale.

Anegdota z pasmanterii w galerii handlowej: piękna, przeszklona witryna, cała ściana wypełniona po brzegi włóczkami we wszystkich kolorach tęczy – można powiedzieć, marzenie! Wchodzę, rozglądam się a mój entuzjazm gaśnie z każdą minutą. Na jakieś 300 rodzajów włóczek tylko jedna ma w składzie wełnę, niecałe 50%. Pytam więc grzecznie ekspedientkę czy miewają, czy może planują zamawiać prawdziwą wełnę, „taką wie pani, 100% i najlepiej grubą”. Dziewczyna patrzy się na mnie zupełnie jakbym pytała, czy specjalnie dla mnie sprowadzi krokodyla. Po chwili duka niewyraźnie, że nie zamawiają takich rzeczy, bo drogo.

Ano drogo, bo jakość zna swoją wartość. Od roku wełniane włóczki zamawiam online.

Ściskam, Dominika

Zostałam plagiatorem?! Czyli kiedy inspiracja wjedzie za mocno

Dla twórców internetowych nieograniczony dostęp do kopalni wiedzy i inspiracji, jaką stanowi ineternet, to w równym stopniu ułatwienie, jak i trudność. Coraz częściej w social mediach czytam, że kolejne osoby czują potrzebę zwolnienia i przerwy od konsumowania treści. Nie jest dobrze, jeśli przyswajamy ich więcej, niż tworzymy. Wraz z początkiem roku szkolnego i powrotem do etatowej pracy sama zaczęłam borykać się z tym problemem. Zamiast wygospodarować pół godziny na napisanie posta, łapałam się na tym, że zbliżoną ilość czasu poświęcam na odpalanie Instagrama co chwilę w ciągu dnia tylko po to, by zająć czymś umysł przez krótką, wolną chwilę. Wiem, kiepski nawyk. Przeładowując swój mózg cudzymi obrazami niezwykle łatwo zainspirować się zbyt mocno. Dobrze mieć wtedy wokół siebie ludzi, którzy w porę to dostrzegą, uniosą brwi i powiedzą „hej, czy aby na pewno chcesz iść dalej tą drogą?”

Sposób na to podsunęła mi w zasadzie Ania Ulanicka na swoich sierpniowych warsztatach: doradziła, aby ograniczyć obserwowanie kont naszej konkurencji (nie za bardzo lubię to słowo – mocno chcę wierzyć, że każdy z nas jest na tyle unikalny, że nie mamy podstaw by się porównywać – ale nie znajduję w tej chwili lepszego odpowiednika). Prościej się nie da!

O Marie Forelo po raz pierwszy usłyszałam u Ani na warsztatach. Ten cytat trafił w mój czuły punkt. Poczytałam o niej trochę – niesamowita kobieta!

Zdecydowanie potępiam kopiowanie cudzych pomysłów i prac. Uważam, jak pewnie większość z nas, że to nieetyczne, nie w porządku i nie fair. W niektórych przypadkach podchodzi wręcz pod kradzież własności intelektualnej, chronionej prawem. Wczoraj poczułam jendak dziwny koktajl emocji, które towarzyszą osobie nieświadomie zmierzającej ku tej ciemnej stronie – wytknięto mi zbytnie podobieństwo do konta o podobnej tematyce. Konta, które obserwuję, podziwiam i szanuję; które nie ukrywam, mocno mnie inspiruje.

Najpierw było zdziwienie, potem moment wyparcia, zimny dreszcz przyjęcia tego faktu do świadomości, na koniec mieszanka poczucia winy i wstydu. Bo przecież, choć wcale nie celowo, od pewnego czasu rzeczywiście moje konto upodabniało się do obserwowanego przeze mnie przykładu. Starałam się pisać swoje posty podobnym językiem i kreować relacje w stylu, który do mnie przemawiał, chociaż totalnie nie był mój. Ta myśl była jak olśnienie.

Nie spałam pół nocy. Przez drugie pół myślałam, jak to wszystko odkręcić, żeby było bardziej po mojemu i co to „po mojemu” w ogóle znaczy. I wydaje mi się, że wymyśliłam; chodź to pewnie jeszcze nie raz się zmieni, jak i ja sama. Dziś jestem wdzięczna, że mam takich obserwatorów, którzy przypominają, że warto być sobą. Jesteście złotem!

Na koniec przypominajka, żebym więcej nie zapomniała: w gąszczu złotych rad, tutoriali i inspiracji – pamiętajmy o swojej wizji. Życzę nam wszystkim wiary w siebie i odwagi do wyrażania inności!

Serdeczności,

Dominika

Warsztaty fotograficzne na luzie? Tylko z Ulanicką!

Ania Ulanicka – kobieta rakieta, która od ponad dwóch lat z powodzeniem rozkręca swój biznes. Jeśli miałabym wskazać osoby, które naprawdę potrafią w social media, z całą pewnością znalazłaby się na podium. Skończyła architekturę, żeby po roku pracy w zawodzie rzucić to w cholerę na rzecz fotografii. Maniak dobrego jedzenia, uzależniona od piękna i pozytywnej energii. Totalnie mój człowiek!

Najbardziej inspirujące warsztaty fotograficzne

Od momentu, kiedy Ania wrzuciła na stories informację o zapisach, do zapalenia się w mojej głowie lampki „lecę!” minęły może 3 sekundy. Wiedziałam, że muszę tam być! Chciałam poznać sekret kadrów pełnych emocji i swobody pisania, dzięki której Ania daje się poznać w swoich postach. Tym bardziej, że w pakiecie dorzuciła gościnny udział kolejnego człowieka sztosa, wymiatacza w SEO i tym podobne – Marcina. Jej partner in crime, przeprowadził z nami część marketingową, po której głowa parowała od ilości nowej wiedzy!

Warsztaty odbyły się w pięknej, kreatywnej przestrzeni Studio Chmury Chmielna!

Co tam się działo?

Ośmiogodzinny warsztat Ania i Marcin podzielili na część teoretyczną i praktyczną, a w przerwie, bardzo sprytnie, nakarmili nas pyszną pizzą – szanuję takie podejście! Mega sprawą było to, że Ania każdą kwestię omawiała na swoim przykładzie. Podkreślała jakie to ważne, aby każdy z nas doprecyzował swoje własne ”dlaczego”, ściśle określił pobudki i motywacje do działania. Z warsztatów przyszli topowi fotografowie mogli wynieść masę wiedzy: jak zacząć, jak się motywować, jak pracować z klientem, wyceniać swoją pracę i obrabiać zdjęcia. Po całym dniu wracałam do domu z dziesięcioma stronami ściśle zapisanych notatek, pełnych praktycznych informacji i gotowych do zastosowania pomysłów. Jednak nie one okazały się dla mnie najważniejsze…

Naszą modelką była Ewelina, która na codzień dzieli się ze światem ciekawostkami ekologicznymi, o których zwykły człowiek nie ma pojęcia. Sprawdźcie tutaj!

Warsztaty fotograficzne – na co mi to było?

Największym fenomenem tego spotkania okazali się ludzie. Ania i Marcin zgromadzili wokół siebie naprawdę świetną, twórczą ekipę! Poprowadzili warsztaty profesjonalnie ale na luzie, z charakterystyczną dla siebie dawką lekko suchego humoru. To właśnie możliwość kontaktu z takimi zajawkowiczami stanowi dla mnie największą wartość. Przebywanie w jednej przestrzeni z ludźmi pełnymi pasji, gotowymi to dzielenia się swoimi doświadczeniami, inspiruje i napędza do działania lepiej niż cały dzień scrollowania pinteresta! Zwrócenie przez Anię uwagi na aspekt wewnętrznej motywacji, zrozumienie powodów do robienia tego, co sobie wymyśliliśmy, dało mi nieźle do myślenia i pozwoliło uporządkować w głowie kilka podstawowych spraw. Jasność w głowie daje niezłego energii do działania!

Poruszone emocją srelfie i klasyczne zdjęcie kawki ✓

Warsztaty potraktowałam jako inwestycję w siebie i była to jedna z moich najlepszych decyzji. Pomyślałam sobie „dziewczyno, nie po to pracujesz cały rok, żeby raz na jakiś czas nie móc zaszaleć i wydać trochę pieniędzy na rozwój swoich pasji!” Więcej o tej filozofii przeczytacie w poprzednim wpisie 🙂

Ściskam! Dominika