Zostałam plagiatorem?! Czyli kiedy inspiracja wjedzie za mocno

Dla twórców internetowych nieograniczony dostęp do kopalni wiedzy i inspiracji, jaką stanowi ineternet, to w równym stopniu ułatwienie, jak i trudność. Coraz częściej w social mediach czytam, że kolejne osoby czują potrzebę zwolnienia i przerwy od konsumowania treści. Nie jest dobrze, jeśli przyswajamy ich więcej, niż tworzymy. Wraz z początkiem roku szkolnego i powrotem do etatowej pracy sama zaczęłam borykać się z tym problemem. Zamiast wygospodarować pół godziny na napisanie posta, łapałam się na tym, że zbliżoną ilość czasu poświęcam na odpalanie Instagrama co chwilę w ciągu dnia tylko po to, by zająć czymś umysł przez krótką, wolną chwilę. Wiem, kiepski nawyk. Przeładowując swój mózg cudzymi obrazami niezwykle łatwo zainspirować się zbyt mocno. Dobrze mieć wtedy wokół siebie ludzi, którzy w porę to dostrzegą, uniosą brwi i powiedzą „hej, czy aby na pewno chcesz iść dalej tą drogą?”

Sposób na to podsunęła mi w zasadzie Ania Ulanicka na swoich sierpniowych warsztatach: doradziła, aby ograniczyć obserwowanie kont naszej konkurencji (nie za bardzo lubię to słowo – mocno chcę wierzyć, że każdy z nas jest na tyle unikalny, że nie mamy podstaw by się porównywać – ale nie znajduję w tej chwili lepszego odpowiednika). Prościej się nie da!

O Marie Forelo po raz pierwszy usłyszałam u Ani na warsztatach. Ten cytat trafił w mój czuły punkt. Poczytałam o niej trochę – niesamowita kobieta!

Zdecydowanie potępiam kopiowanie cudzych pomysłów i prac. Uważam, jak pewnie większość z nas, że to nieetyczne, nie w porządku i nie fair. W niektórych przypadkach podchodzi wręcz pod kradzież własności intelektualnej, chronionej prawem. Wczoraj poczułam jendak dziwny koktajl emocji, które towarzyszą osobie nieświadomie zmierzającej ku tej ciemnej stronie – wytknięto mi zbytnie podobieństwo do konta o podobnej tematyce. Konta, które obserwuję, podziwiam i szanuję; które nie ukrywam, mocno mnie inspiruje.

Najpierw było zdziwienie, potem moment wyparcia, zimny dreszcz przyjęcia tego faktu do świadomości, na koniec mieszanka poczucia winy i wstydu. Bo przecież, choć wcale nie celowo, od pewnego czasu rzeczywiście moje konto upodabniało się do obserwowanego przeze mnie przykładu. Starałam się pisać swoje posty podobnym językiem i kreować relacje w stylu, który do mnie przemawiał, chociaż totalnie nie był mój. Ta myśl była jak olśnienie.

Nie spałam pół nocy. Przez drugie pół myślałam, jak to wszystko odkręcić, żeby było bardziej po mojemu i co to „po mojemu” w ogóle znaczy. I wydaje mi się, że wymyśliłam; chodź to pewnie jeszcze nie raz się zmieni, jak i ja sama. Dziś jestem wdzięczna, że mam takich obserwatorów, którzy przypominają, że warto być sobą. Jesteście złotem!

Na koniec przypominajka, żebym więcej nie zapomniała: w gąszczu złotych rad, tutoriali i inspiracji – pamiętajmy o swojej wizji. Życzę nam wszystkim wiary w siebie i odwagi do wyrażania inności!

Serdeczności,

Dominika

Pokaż, że warto na Ciebie postawić! Czyli o (nie)wierze w swoje możliwości i jej konsekwencjach słów kilka

Fot. Edyta Derda Photography

Trochę nie wierzę w to, co dzieje się wokół projektu. Wczoraj, w odpowiedzi na wasze zapytania i spełniając moje małe marzenie, na listę warsztatów wskoczył oficjalnie Wrocław! Ostatnie dni to istny organizacyjny maraton, podczas którego co chwila fruwam z radości na wieść o kolejnej współpracy. Jednak jeszcze miesiąc temu nie było tak kolorowo…

Każde zapytanie o organizację warsztatów wysyłałam niemal rozchlapując kawę z całkiem niemałego kubka, tak drżałymi ręce. Sami rozumiecie – piękne, fancy, instamiejsca, innowacyjne, odnszące sukcesy kobiece biznesy, i ja – z moim skromnym drutowym pomysłem.

Działając w tej niszy od trzech lat wiem, że nie brakuje miłośników rękodzieła, jednak nie oszukujmy się – nie stanowią oni zdecydowanej większości. Zupełnie poważnie spodziewałam się, że przynajmniej na połowę moich zapytań druga strona odpowie pukaniem się w czoło.

Ale wiecie co? Nic z tych rzeczy! Każdy, dosłownie każdy kto odpisał – a odpisali niemal wszyscy – brzmiał mniej więcej w tonie „wow wow, super że się do nas odzywasz, kiedy i dlaczego dopiero jesienią?” Początkowo myślałam, że okej, lokale lubią, gdy coś się u nich dzieje – z fotografiami będzie gorzej, bo bankowo mają już zajęte terminy. I znowu miłe zaskoczenie! Zgodzili się wszyscy, co do jednego, a odważyłam się napisać do tych naprawdę (w moim skromnym mniemaniu) najlepszych!

Moja babcia zwykła mawiać, że „jak sama się dziecko nie docenisz, to nikt inny tego nie zrobi” i to jest, kurde blaszka, racja jak bum cyk cyk. Pokaż innym, że warto w Ciebie wierzyć! U mnie się sprawdza 😉

Ściskam, Dominika

Dywany na ściany, czyli czułe warsztaty tkania makatek

Fot. Marta Żurawska

Są takie historie, które powtarza się z przyjemnością. Historie, które jak się zdaje, tworzą i opowiadają się same. Które żyją. Dotykają, wypełniają i rozsadzają serce tak, że chcemy się nimi dzielić. Warsztaty czułego tkania w Lublinie to właśnie jedna z nich!

Skąd ten pomysł?

Na Czułe Tkanki natknęłam się pół roku temu na Instagramie. Od razu urzekł mnie spokój i subtelnie emanująca ze zdjęć pozytywna energia. Marysia mistrzowsko łączy w swojej galerii tkackie inspiracje z relacjami z prowadzonych przez nią warsztatów czułego tkania. Słowo „czułość” bardzo do niej pasuje – opisuje zarówno osobowość jak i sposób bycia. Bije od niej niesamowite ciepło i serdeczność, której nie boi się przelewać na innych!

Ktoś z tego w ogóle korzysta?

Możecie się mocno zdziwić… Na warsztaty czułego tkania miejsca trzeba rezerwować z dużym wyprzedzeniem – sama chęć udziału deklarowałam jeszcze w grudniu! Ilość miejsc jest mocno ograniczona. Dla mnie, jako prowadzącej podobne warsztaty, jest to zupełnie zrozumiałe: chcemy, aby takie spotkania dawały Wam coś więcej niż manualne umiejętności. Abyśmy wymieniały się doświadczeniami, inspirowały nawzajem i nawiązywały nowe relacje.

Fot. Marta Żurawska

Co właściwie robiłyśmy?

Uczyłyśmy się tkać matkatki, czyli dekoracyjne tkaniny (choć szalenie podoba mi się przekorne określenie „łapacz moli” autorstwa Agnieszki, która prowadzi prodobne warsztaty). Marysia praktyczne porady serwowała nam na zmianę z kawą i ciastem. Warto nadmienić, że widoczne na zdjęciach krosna i tkackie akcesoria zaprojektowała osobiście, a zestawy włóczek dobrała niezwykle starannie. Dominowały pięknie połączone barwy ziemi, jednak miałyśmy pełną swobodę wymiany i doboru poszczególnych kolorów, co było totalnie super!

Fot. Marta Żurawska

Ale to już było

Halo halo, powiecie, przecież rok temu próbowałaś już tkania makatek na własną rękę. Zgadza się! Powstały trzy, ale tylko z jednej byłam naprawdę zadowolona. Marysia pomogła mi usystematyzować wiedzę, dużo pokazywała i wyjaśniała. Rozwiała szereg wątpliwości, z którymi na początku tkania ciężko poradzić sobie samemu.

Fot. Marta Żurawska

Nie można prościej?

Jasne, dzisiaj niemal wszystko możemy wygooglować. Tutorali jak tworzyć rękodzięło krok po kroku znajdziemy mnóstwo. Jestem jednak zdania, że nic nie zastąpi nam kontaktu z drugim człowiekiem, interakcji, wzajemnej wymiany doświadczeń i energii! Upatruję w tym przyczyny coraz większej popularności twórczych warsztatów (tkackich, dziewiarskich, zajęć z szycia, makramy czy ceramiki, etc.) Zmęczeni pędem życia wracamy do prawdziwych relacji, szukamy sposobu na wyciszenie i relaks. Czułe tkanie mogę polecić z ręką na sercu.

Marysiu, dziękuję za to spotkanie. Było najczulej!

Galeria czułych makatek

Liczę, że udało mi się przekonać Was, że tkanie wcale nie jest passe! To jak, wieszalibyście na ścianie?